:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
  11°C bezchmurnie

Powieść znaleziona w metrze: FACECI NA KARUZELI (odc. 4 – Leclerc)

Literatura, Powieść znaleziona metrze FACECI KARUZELI Leclerc) - zdjęcie, fotografia

To był jakiś późny wieczór, supermarket Leclerca. Robiłem zakupy. Wyjechałem wózkiem pełnym zakupów, żeby załadować to do bagażnika samochodu.

- Da pan odprowadzić?

Stał przy mnie zmarznięty, z sinymi ustami. 10-12 lat, nie więcej. Trząsł się z zimna. Był jednym wielkim kłębkiem nieszczęścia. Patrzył na mnie i wyciągał rękę po wózek. A ja, patrząc na niego, pomyślałem, że jest w nim coś dla mnie znajomego. Ale co?

- Tam jest tylko złotówka – powiedziałem.

- Na bułki wystarczy – on mi na to.

- Jesteś głodny?

- Tak.

To było, k…, jak impuls, którego się nie spodziewasz. Pewnie innemu chłopakowi oddałbym ten wózek i pozwolił odjechać. Ale on miał w sobie coś znajomego. Jeszcze nie wiedziałem dokładnie co, ale nie mogłem go zostawić, takiego bezradnego smarka, który prosił o… litość?

Niech mnie szlag… Ten obraz prześladuje mnie od tamtego czasu nieustająco. I kiedy myślę, że mógłbym go olać i pojechać do swego domowego ciepełka, wpieprzać te swoje szynki i serki, to aż mi się rzygać chce, że na tym mógłby być koniec naszej znajomości. Gdyby nie jakiś wewnętrzny mus, który kazał mi – trochę wbrew sobie – powiedzieć mu: –  Musisz coś zjeść lepszego niż bułki. Skąd się tu wziąłeś?

Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę, milczał. Miał duże niebieskie oczy w wychudzonej twarzy, w których był wyraźny żal do świata. Ogarnęła mnie nagle taka cholerna fala współczucia i potrzeby zrobienia czegoś dobrego dla tej drobnej istoty, że bez chwili wahania (k…, jak to dobrze, że się wówczas nie zawahałem) zaprowadziłem go do baru w Leclercu i nakarmiłem czym chciał. Jadł łapczywie, popatrując na mnie spode łba. Nie ufał. Nie wiedział czego chcę. Ale jadł, bo był wkurzająco głodny. Miałem wrażenie, że wchłonie kolejną porcję kurczaka i da nogę. To było widać. Popatrywał znad talerza na rozsuwane drzwi przed nami tak, jakby za chwilę chciał w nie runąć. Przełknie ostatni kęs, popije kolą i rzuci się przed siebie. Nie chciałem tego. Chciałem go zatrzymać, za wszelką cenę. Nie wiedziałem jeszcze dlaczego. Pchałem się w tę kabałę na razie bez sensu, choć sens wyłonił się dopiero wiele lat później. Zacząłem się bać (tak, bać!), że on mi tu zaraz ucieknie, a ja nagle zostanę sam ze swoim niespełnionym… oczekiwaniem? marzeniem? pożądaniem?

- Nie uciekaj – powiedziałem tuż przed ostatnią frytką. – Nie zrobię ci krzywdy.

Ja myślę (dziś – wiem), że on na to czekał. Popatrzył na mnie pierwszy raz z zainteresowaniem, choć cały czas kontrolował drogę do drzwi (tak mi w jakiś czas potem powiedział), żeby prysnąć, kiedy tylko sytuacja wyda mu się niebezpieczna.

- Nie chcesz seksu? – To zabrzmiało tak brutalnie, że przysiadłem z wrażenia.

- Nie – wykrztusiłem. – Nie chcę. – I nie wiedziałem co powiedzieć dalej, choć przecież byłem ciekaw: skąd uciekł (to było dla mnie pewne), dlaczego nie wraca, co chce zrobić dalej…

- To dlaczego się mną zaopiekowałeś?

To „zaopiekowałeś” zabrzmiało nagle tak obiecująco, że zrozumiałem, iż tak… ja się chcę nim zaopiekować! Irracjonalna potrzeba (wówczas) pchała mnie do tego, to słowo w jego ustach, wypowiedziane tak nagle, nadawało nagle odrobinę sensu temu zainteresowaniu. To słowo dawało jakąś nadzieję. Nam obu chyba tak samo.

- Bo – odpowiedziałem – przypominasz mi kogoś…

- Kogo? – zaskoczył od razu.

Kogo? – zapytałem się w myślach. – No, kogo?

Przecież, do cholery, wiem…

- Mojego syna.

Popatrzył na mnie nagle z zainteresowaniem, jakim obdarza się człowieka bliższego niż jakiś przygodny nieznajomy, który doznał dobroczynnego olśnienia.

- Syna?

- Tak, ale go dawno nie widziałem… To znaczy… nie widziałem go nigdy. Ale ty masz oczy jego matki. Coś w nich jest podobnego… Tak mi się wydaje.

Zacząłem się plątać w zeznaniach, nagle poczułem się potwornie onieśmielony, debilnie zakłopotany i obnażony ze swej tęsknoty, która tkwiła we mnie od zawsze, od kiedy dowiedziałem się o jego istnieniu.

- Jak to,  nie widziałeś? – zainteresował się.

- Bo… - Co mogłem powiedzieć? – Bo… nie. Moja była urodziła go już wtedy, kiedy nie byliśmy razem. Jakiś czas temu. I wyjechała, do Niemiec. Od tamtej pory jej nie widziałem. Powiedziała mi jej znajoma.

- Nie chciałeś go nigdy zobaczyć? Odpuściłeś?

Ja chrzanię, ten mały rozbudzał we mnie poczucie winy, w jakimś sensie oceniał, to ja stawałem się nagle przy nim biednym chłopaczkiem wystającym pod Leclerkiem po złotówkę z wózka. No, to zmieniłem temat, trochę bez sensu:

- Skąd uciekłeś?

- Z domu dziecka.

Tak, nie znał swojego ojca, matka wyjechała do Niemiec (zapaliło mi się jakieś niezwykłe światełko), a on z tego domu wciąż uciekał. Autostopem. Najpierw wzdłuż torów, przez las, do szosy na Warszawę. Potem wymachiwał ręką i w końcu trafiał na podobnych, jak ja - „opiekunów”. Większość brała po prostu litość, ale byli i tacy, którzy chcieli coś w zamian. No, to zgadnijcie czego… Kamil (w końcu zapytałem go o imię) był chodzącą historią ludzkich słabości. Kiedy już wylądował u mnie w domu (choć nie bez oporów, moich zresztą też), mogłem poznać całą barwę jego szczenięcych doświadczeń z „gównostopu”. Tak to nazywał. I to było chyba właściwe określenie.

- Śpimy osobno? – upewnił się, kiedy ścieliłem mu łóżko w salonie.

- No, tak – rzekłem, trochę zdeprymowany.

- Chodzi mi o to, że ja chrapię… Ale jeśli chcesz, połóż się koło mnie. Tylko bez seksu.

Ja to chrzanię – pomyślałem – ten chłopak zaskakiwał mnie coraz bardziej. Ale – wbrew sobie, wbrew prawu (?), wbrew wszelkiemu sensowi – położyłem się przy nim. A on – niech to szlag trafi (tak wówczas pomyślałem, bojąc się przez moment  gospodyni, która może  wpaść  rano przed czasem) – przytulił się do mnie nagle i – do k… nędzy – powiedział to właśnie: - Ładnie pachniesz. Mógłbyś być moim tatą…

Moja przyjaciółka, hrabianka Anna, kiedy opowiedziałem jej to zaraz następnego dnia, po odwiezieniu  Kamila do domu dziecka (układ zawarliśmy taki: ja go odwożę i odwiedzam przynajmniej raz na miesiąc, bo jak nie, to on ucieknie znowu), otóż  ona – kobieta pragmatyczna i wyzwolona – nie miała żadnych wątpliwości.

- To jest zrządzenie losu, mój drogi. To jest zrządzenie losu. I nie p… mi tu o swoich wątpliwościach, nie pieprz o rozterkach moralnych. Jesteś pedofil? To co ci, k…, w tym nie pasuje? Chłopak cię pokochał. Spotkał nagle na swej drodze dobrego (ha! ha!) człowieka. Podziękuj Panu Bogu –  rzecz jasna, jeśli on istnieje – i daj się ponieść uczuciu. A ja ci w tym pomogę. W najbliższą niedzielę jedziemy do niego. Niech pozna ciocię Annę.

Tego wieczoru, po tej mojej opowieści, dawno nie było nam tak w łóżku dobrze. Zostałem nawet do rana. A ona – już po wszystkim – klepała mnie co jakiś czas po plecach z wyraźną satysfakcją, tylko licho wie z jaką? Że byłem (ha! ha!) dobrym człowiekiem czy też może (ha! ha!) dobrym kochankiem?

Za trzy dni w każdym razie pojechaliśmy do tego domu dziecka. Była piękna słoneczna pogoda, w sam raz do nastroju, w którym podróżowaliśmy. W planie mieliśmy zabrać Kamila na wycieczkę do Sępina, niedaleko jego domu dziecka, bo tam były moje wspomnienia, a ona chciała poznać wspomnienia o moich wspomnieniach. Poza tym chciała zobaczyć to „historyczne” miejsce poczęcia, z którego zrodził się mój nieznany mi póki co potomek.

Kamil wiedział, że przyjedziemy. Zadzwoniłem do niego. Czekał przed bramą. Zupełnie odmieniony. Wypindrzony jak do pierwszej komunii. W świeżej białej koszuli, w dżinsach, które mu kupiłem, wypachniony (oczywiście Calvinem Kleinem), radosny.

- Ależ on, k…, podobny do ciebie – powiedziała hrabianka Anna, kiedy wysiedliśmy z samochodu. – Ty się, k…, nie zastanawiaj, adoptuj go! Ja będę robić za twoją flamę. Teraz dają dzieciaki takim, jak my…

- Anka… - chyba się obruszyłem. – Daj spokój…

- Ty, k…, z tym spokojem to sobie sam dasz w końcu spokój. Bierz co ci Pan Bóg zsyła. O ile istnieje… - A do Kamila: - Cześć, chłopie, jestem Anka, dupa tego faceta.

Kamil zaśmiał się całą gębą, wyciągnął łapę do wyciągniętej rączki hrabianki i buchnął ją z przytupem w pierścień rodowy, który wkładała na swego serdecznego palucha tylko w wyjątkowych sytuacjach.

- No i, w mordę, jeszcze dobrze ułożony – zachwyciła się natychmiast.

A Kamil popatrzył na mnie przez chwilę, jakby mnie pierwszy raz w życiu zobaczył, i też się wywnętrzył:

- A ty lepiej wyglądasz niż ostatnio. Wtedy byłeś, jak zbity pies. A dziś… hrabia.

Ożesz ty, w mordę – pomyślałem – mnie chyba słuch myli. Ale hrabianka dała czadu:

- Wiesz, Kamil, on to taki hrabia z wyglądu, a ja – prawdziwa hrabianka. – I wyciągnęła dłoń smukłą, z pierścieniem, raz jeszcze, objaśniając herb, który się na nim znajdował, a którego nazwy nigdy nie zapamiętałem.

I to był piękny dzień. Odwiedziliśmy Sępin, hotel, byliśmy nad jeziorem. Śmialiśmy się wszyscy bez sensu i z sensem. Byliśmy szczęśliwi? Kamil żegnał nas na drodze przy domu dziecka, machając długo ręką, aż zniknęliśmy za zakrętem.

- Nie możesz go zostawić samego – powiedziała Anna i zachrapała na tylnym siedzeniu, gdzie zawsze siadała – z hrabiowskiego przyzwyczajenia.

I to był ostatni dzień przed długą rozłąką. Dom dziecka został dość nagle zlikwidowany, komórka Kamila nie odpowiadała. „Nie ma takiego numeru” – słyszałem, dzwoniąc. Nikt nie chciał mi powiedzieć, gdzie rozparcelowano dzieciaków… (cdn)

Odc. 3 – Wtargnięcie Hrabianki:

http://imokotow.pl/artykul/powiesc-znaleziona/139724

Odc. 2 - Przebudzenie:

http://imokotow.pl/artykul/powiesc-znaleziona/139387

Odc. 1- Porwanie:

http://imokotow.pl/artykul/powiesc-znaleziona/124138

 

 


Powieść znaleziona w metrze: FACECI NA KARUZELI (odc. 4 – Leclerc) komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się